Taktyka walki z partyzantami I Legionu Włoskiego w 1799r.
Zadania legionistów były bardzo ciężkie i niebezpieczne i niewdzięczne. Należały do nich:
- służba wywiadowcza
- służba eskortowa
- utrzymanie komunikacji
- ściganie partyzantów
- likwidowanie oddziałów partyzantów.
Dla łatwiejszego radzenia sobie z powstańcami ułanów podzielono na plutony, które osłaniały ruchome kolumny i patrolowały szlaki komunikacyjne. Dzieki tym zabiegom nawiązano z partyzantami bezpośredni kontakt. Każdy pluton miał przydzielony górski rejon operacyjny, w którym usiłował przywrócić „spokojność”. Patrole wysyłane do akcji bezpośredniej lub pacyfikacyjnej wracały zdziesiątkowane, przechodząc przez prawdziwe piekło. Jednym z pierwszych zadań było zdobycie siedziby miejscowej partyzantki miejscowości Traetta. Partyzanci zastawili tam zasadzkę i wybili jednego oficera i 13 legionistów, a dziwięciu wziętych do niewoli z komendantem Eliaszem Tremo spalono żywcem na stosie ku przestrodze dla reszty legionu. Po pewnym czasie 2 batalion ułanów I Legionu wraz ze strzelcami francuskimi okrutnie rozprawili się z mieszkańcami zbuntowanego miasta. Zdobyto miasto w nocy, spalono całe i ludność „wycięto w pień nie żywiąc nikogo”. Zniszczono pozostałe zabudowania i pozostawiono kamień z napisem” Tu była Traetta- zbuntowała się – już jej nie ma”. Po likwidacji tego ogniska buntu legioniści zgłębili reguły wojny partyzanckiej, już wiedzieli, że pardonu nie będzie, wykształcił się u nich instynkt myśliwego i tropionej zwierzyny. Nauczyli się zdobywać informacje i żywność w trudnym terenie. Potrafili rozpoznać zastawione zasadzki, obejść je i zdecydowanym atakiem odeprzeć partyzantów. W związku z tym zrezygnowano z ataków zwartymi szeregami na rzecz luźnych kolumn pościgowych. Polacy mieli szczególne doświadczenia w walkach partyzanckich jeszcze z ojczyzny i korzystali z tych doświadczeń. Decyzje o niszczeniu miejscowości podejmowali dowódcy francuscy i tylko w odwecie za postępowanie partyzantów. Polacy raczej starali się oszczędzać miejscowości jak pisał generał Karol Kniaziewicz „ (..) nie sposób było, chociażby ze względów aprowizacyjnych i kwatermistrzowskich, palić każdego miasteczka, którego mieszkańcy dopuścili się okrucieństw”. Całość wojska polskiego zachowywała się porządnie jedynie jak pisał pułkownik Józef Chamand „ (..) Chęć rabunku wprawdzie jest duża, ale tylko ze strony grenadierów doszło do ekscesów”. O grenadierach pisał również generał K. Kniaziewicz (…) Grenadierzy w ataku iść niecącą, a w czasie rabunku nikt ich wstrzymać nie jest w stanie”.
- opracowano na podstawie książki A, Ziółkowskiego
wtorek, 8 września 2009
piątek, 4 września 2009
Artyleria XVIII wieczna
Artyleria Polowa
W XVIII wieku wszystkie europejskie armie stosowały podobna taktykę na polu walki, mało tego oficerowie różnych armii kończyli te same akademie wojskowe. Więc czasami zdarzało się, że przyjaciele ze szkoły stawali przeciw sobie w czasie wojny. Największym wojownikiem tego wieku był król Prus zwany Fryderykiem Wielkim, który poza osiągnięciami gospodarczymi wprowadził nowe strategie wojenne. Zanim to jednak nastąpiło, okres tych wojen nazywano wojnami gabinetowymi. W tym czasie artyleria stopniowo zyskiwała na znaczeniu i wszechstronności, ostatecznie przekształcając się z nieomal rzemieślniczego cechu w hierarchiczną organizację wojskową. Rozpoczęto pierwsze eksperymentalne badania balistyczne spożytkowując ich wnioski w praktyce. Praktyczne umiejętności dawnych puszkarzy, pilnie strzegących swym zawodowych tajemnic, wyprzedzały teoretyczną refleksję, teraz artylerzyści nabywali odpowiednie umiejętności kształceni w utrzymywanych przez monarchów instytutach. Produkcja i utrzymanie zapasów uzbrojenia oraz amunicji artyleryjskiej wiązało się z tak wielkimi wydatkami, że zdolność do ich zorganizowania w wielkiej skali mogła, obok budowy twierdz, uchodzić za swoisty test wydolności systemu wojskowego. W toku reform przeprowadzanych w poszczególnych państwach w XVIII stuleciu dyktowany przez logistykę proces ujednolicenia sprzętu gładko lufowej artylerii polowej dobiegł właściwie końca, wyłaniając kilka charakterystycznych, najczęściej używanych typów, z których każdy reprezentowany był przez działa kilku kalibrów (w Prusach 3-, 6-, 12- i 24-funtowe armaty, z tym że 6- i 12-funtówki wciąż jeszcze w kilku podgatunkach o zróżnicowanej długości luf, ponadto 10 i 18-funtowe haubice).
We Francji i legionach artyleria polowa stosowała sprzęt według systemu Gribeauvala, a więc ustalony jeszcze w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Były to armaty :
- 4 funtowe ważyło ok. 290 kg z lawetą 990kg, miało kaliber 80 mm, pocisk ważył
2 kg
- 8 funtowe ważyło 584 kg, z lawetą l,3 t. Miało kaliber 100 mm, a pocisk
ważył 4 kg
- 6-calowe haubice 144 mm kaliber, sprzętu tego używano przede wszystkim w
polu. , z haubicy strzelano szrapnelami.
- 12-funtowa, najcięższa z polowych, ważyła 986 kg, a z lawetą blisko 2 t, miała
kaliber 121 mm, a pocisk ważył 6 kg.
- 24 funtowe, przeznaczone do ostrzału obleganych twierdz i powodowania wyłomów. Działa 24-funtowe były najcięższymi w systemie Gribeauvala. Działo takie ważyło wraz z lawetą 2,7 t, miało kaliber 150 mm, a sam pocisk ważył 12 kg. w latach 1813 - 1815 stosowano na dużą skalę armaty 4-funtowe. Ważyły one 289 kg, a z lawetą nieco ponad tonę. Kaliber wynosił 80 mm, a pocisk ważył 2 kg.
W XVIII wieku wszystkie europejskie armie stosowały podobna taktykę na polu walki, mało tego oficerowie różnych armii kończyli te same akademie wojskowe. Więc czasami zdarzało się, że przyjaciele ze szkoły stawali przeciw sobie w czasie wojny. Największym wojownikiem tego wieku był król Prus zwany Fryderykiem Wielkim, który poza osiągnięciami gospodarczymi wprowadził nowe strategie wojenne. Zanim to jednak nastąpiło, okres tych wojen nazywano wojnami gabinetowymi. W tym czasie artyleria stopniowo zyskiwała na znaczeniu i wszechstronności, ostatecznie przekształcając się z nieomal rzemieślniczego cechu w hierarchiczną organizację wojskową. Rozpoczęto pierwsze eksperymentalne badania balistyczne spożytkowując ich wnioski w praktyce. Praktyczne umiejętności dawnych puszkarzy, pilnie strzegących swym zawodowych tajemnic, wyprzedzały teoretyczną refleksję, teraz artylerzyści nabywali odpowiednie umiejętności kształceni w utrzymywanych przez monarchów instytutach. Produkcja i utrzymanie zapasów uzbrojenia oraz amunicji artyleryjskiej wiązało się z tak wielkimi wydatkami, że zdolność do ich zorganizowania w wielkiej skali mogła, obok budowy twierdz, uchodzić za swoisty test wydolności systemu wojskowego. W toku reform przeprowadzanych w poszczególnych państwach w XVIII stuleciu dyktowany przez logistykę proces ujednolicenia sprzętu gładko lufowej artylerii polowej dobiegł właściwie końca, wyłaniając kilka charakterystycznych, najczęściej używanych typów, z których każdy reprezentowany był przez działa kilku kalibrów (w Prusach 3-, 6-, 12- i 24-funtowe armaty, z tym że 6- i 12-funtówki wciąż jeszcze w kilku podgatunkach o zróżnicowanej długości luf, ponadto 10 i 18-funtowe haubice).
We Francji i legionach artyleria polowa stosowała sprzęt według systemu Gribeauvala, a więc ustalony jeszcze w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Były to armaty :
- 4 funtowe ważyło ok. 290 kg z lawetą 990kg, miało kaliber 80 mm, pocisk ważył
2 kg
- 8 funtowe ważyło 584 kg, z lawetą l,3 t. Miało kaliber 100 mm, a pocisk
ważył 4 kg
- 6-calowe haubice 144 mm kaliber, sprzętu tego używano przede wszystkim w
polu. , z haubicy strzelano szrapnelami.
- 12-funtowa, najcięższa z polowych, ważyła 986 kg, a z lawetą blisko 2 t, miała
kaliber 121 mm, a pocisk ważył 6 kg.
- 24 funtowe, przeznaczone do ostrzału obleganych twierdz i powodowania wyłomów. Działa 24-funtowe były najcięższymi w systemie Gribeauvala. Działo takie ważyło wraz z lawetą 2,7 t, miało kaliber 150 mm, a sam pocisk ważył 12 kg. w latach 1813 - 1815 stosowano na dużą skalę armaty 4-funtowe. Ważyły one 289 kg, a z lawetą nieco ponad tonę. Kaliber wynosił 80 mm, a pocisk ważył 2 kg.
Działo polowe
Działo polowe artylerii pieszej
Zasadniczym typem działa polowego pozostawała armata z lufą o długości kilkunastu do dwudziestu kilku kalibrów. Na ogół grubość ścianek lufy i wielkość ładunków miotających (przyjęło się, że wystarcza ładunek prochu o masie 1/2-1/3 pocisku – taki też stosowano w gotowych nabojach) dobierano w ten sposób, by żelazna kula wystrzelona z poziomo ustawionej lufy upadała odległości rzędu 0,5-1 km (zależnie od wagomiaru działa) od jej wylotu. Zważywszy na marny skuteczny zasięg ręcznej broni palnej podobna donośność wystarczała na polu bitwy aż nadto, problemem było jednak nie dosięgnięcie celu lecz trafienie weń.
„Strzałem rdzennym” (cel mniej więcej na osi lufy) można było tego dokonać jedynie na mniejszych dystansach. Stawał się on opłacalny (w sensie relacji ilości trafień do wystrzelonej amunicji) dopiero przy rażeniu większych a zwłaszcza głębszych formacji (rozrzut trafień w głąb był większy od rozrzutu na boki), tyle że o podobne cele akurat przy linearnym ustawieniu wojsk zwykle nie było łatwo. Optymalnym rozwiązaniem był tutaj ostrzał wrażego szyku ze skrzydła, tak by na torze lotu pocisku znalazło się jak najwięcej potencjalnych celów, okazja do niego nadarzała się jednak jeszcze rzadziej. Na większe dystanse, często przenoszące 1 km, trzeba było strzelać stosując większy kąt podniesienia działa (w przypadku armat nie więcej niż 15º), posługując się do celowania specjalną ramką osadzaną na dennej części lufy - rozrzut trafień był w tym przypadku tak znaczny, że miało to sens właściwie tylko w przypadku rażenia dużych celów powierzchniowych. W równym terenie, najlepiej na łagodnie opadającym zboczu, można było stosować rykoszetowanie – w tym przypadku pocisk opadając na grunt koziołkował następnie niczym kamyk odbijający się od tafli wody przy puszczaniu kaczek, rosło więc prawdopodobieństwo, że przy którymś z coraz krótszych skoków przeleci przez wrogi szyk – zadowalające rezultaty osiągano tutaj już na dystansach ponad 1 km. Najskuteczniej jednak można było zwalczać żywe cele na odległość niewiele większą od zasięgu ognia karabinowego (do 300-400 m), używając do tego celu kartaczy, czyli puszek wypełnionych żelaznymi bądź ołowianymi lotkami, wzgl. nieco większych rozmiarów żelaznych kulek sklejonych przy pomocy smoły w grona – po opuszczeniu lufy poszczególne pociski wypadały z puszki lub ulegały rozklejeniu tworząc grad rażący cały sektor szyku wroga
Zasadniczym typem działa polowego pozostawała armata z lufą o długości kilkunastu do dwudziestu kilku kalibrów. Na ogół grubość ścianek lufy i wielkość ładunków miotających (przyjęło się, że wystarcza ładunek prochu o masie 1/2-1/3 pocisku – taki też stosowano w gotowych nabojach) dobierano w ten sposób, by żelazna kula wystrzelona z poziomo ustawionej lufy upadała odległości rzędu 0,5-1 km (zależnie od wagomiaru działa) od jej wylotu. Zważywszy na marny skuteczny zasięg ręcznej broni palnej podobna donośność wystarczała na polu bitwy aż nadto, problemem było jednak nie dosięgnięcie celu lecz trafienie weń.
„Strzałem rdzennym” (cel mniej więcej na osi lufy) można było tego dokonać jedynie na mniejszych dystansach. Stawał się on opłacalny (w sensie relacji ilości trafień do wystrzelonej amunicji) dopiero przy rażeniu większych a zwłaszcza głębszych formacji (rozrzut trafień w głąb był większy od rozrzutu na boki), tyle że o podobne cele akurat przy linearnym ustawieniu wojsk zwykle nie było łatwo. Optymalnym rozwiązaniem był tutaj ostrzał wrażego szyku ze skrzydła, tak by na torze lotu pocisku znalazło się jak najwięcej potencjalnych celów, okazja do niego nadarzała się jednak jeszcze rzadziej. Na większe dystanse, często przenoszące 1 km, trzeba było strzelać stosując większy kąt podniesienia działa (w przypadku armat nie więcej niż 15º), posługując się do celowania specjalną ramką osadzaną na dennej części lufy - rozrzut trafień był w tym przypadku tak znaczny, że miało to sens właściwie tylko w przypadku rażenia dużych celów powierzchniowych. W równym terenie, najlepiej na łagodnie opadającym zboczu, można było stosować rykoszetowanie – w tym przypadku pocisk opadając na grunt koziołkował następnie niczym kamyk odbijający się od tafli wody przy puszczaniu kaczek, rosło więc prawdopodobieństwo, że przy którymś z coraz krótszych skoków przeleci przez wrogi szyk – zadowalające rezultaty osiągano tutaj już na dystansach ponad 1 km. Najskuteczniej jednak można było zwalczać żywe cele na odległość niewiele większą od zasięgu ognia karabinowego (do 300-400 m), używając do tego celu kartaczy, czyli puszek wypełnionych żelaznymi bądź ołowianymi lotkami, wzgl. nieco większych rozmiarów żelaznych kulek sklejonych przy pomocy smoły w grona – po opuszczeniu lufy poszczególne pociski wypadały z puszki lub ulegały rozklejeniu tworząc grad rażący cały sektor szyku wroga
Rodzaje ładunków artyleryjskich
Gotowe ładunki artyleryjskie
- ładunek pierwszy od lewej ładunek prochowy z pełną kulą
- ładunek drugi kartacz z lotkami naklejanymi smołą na drewniany łącznik z ładunkiem
- trzeci ładunek kartacz puszkowy bez ładunku prochowego
- czwarty ładunek granat z zapalnikiem czasowym bez ładunku
- piąty ładunek granat z ładunkiem prochowym
- szósty ładunek granat 24 funtowy do haubicy ze zmniejszonym ładunkiem prochowym
W połowie XVIII w. rosnący udział w wyposażeniu artylerii polowej miały działa stromotorowe, czyli w tym przypadku haubice miotające pociski przy kątach podniesienia do mniej więcej 40º (w praktyce ok. 20º), bo moździerzy w polu zazwyczaj nie używano, rezerwując dla nich role w oblężeniu i obronie twierdz. Zasadniczym typem wystrzeliwanej z nich amunicji był- granat, czyli wydrążona żelazna kula wypełniona prochem i zaopatrzona w prymitywny zapalnik czasowy. W porównaniu do zwykłej kuli oddziaływanie wybuchu i odłamków znacznie zwiększało jej promień rażenia, jednak była to amunicja jeszcze mniej dokładna (najdrobniejsze różnice w grubości ścianek pocisku sprawiały, że przekręcał się on w locie zmieniając zarazem tor), toteż preferowano jej użycie zwłaszcza na większe dystanse, gdy precyzyjnie strzelać i tak było nie sposób.
Granaty miały w porównaniu do pełno lanych kul o analogicznej średnicy mniejszą masę, a przy strzelaniu stromym torem nadmierna prędkość początkowa pocisku raczej przeszkadzała niż pomagała artylerzystom, stąd używali do niego zredukowanych ładunków miotających. Wszystko to sprawiało, że działa stromotorowe mogły się zadowolić krótszymi lufami i cechowała je bardzo korzystna relacja ich własnej masy do ciężaru miotanych przez nie pocisków (armata polowa ważyła zwykle, zależnie od długości, 100-150 razy tyle ile jej pocisk, analogicznego kalibru haubica czasami dwa razy mniej), a co za tym idzie, łatwiej je było w polu przemieszczać. Zalety wydrążonej amunicji sprawiały, że czasami uznawano za korzystne również jej wystrzeliwanie niemal płaskim torem, na podobieństwo kul armatnich, wytwarzając w tym celu jeszcze jedną kategorię dział o nieco dłuższych od haubic za to cienkościennych lufach – granatniki. Poza tym z obu typów dział można było równie skutecznie co z armat wystrzeliwać kartacze.
- ładunek pierwszy od lewej ładunek prochowy z pełną kulą
- ładunek drugi kartacz z lotkami naklejanymi smołą na drewniany łącznik z ładunkiem
- trzeci ładunek kartacz puszkowy bez ładunku prochowego
- czwarty ładunek granat z zapalnikiem czasowym bez ładunku
- piąty ładunek granat z ładunkiem prochowym
- szósty ładunek granat 24 funtowy do haubicy ze zmniejszonym ładunkiem prochowym
W połowie XVIII w. rosnący udział w wyposażeniu artylerii polowej miały działa stromotorowe, czyli w tym przypadku haubice miotające pociski przy kątach podniesienia do mniej więcej 40º (w praktyce ok. 20º), bo moździerzy w polu zazwyczaj nie używano, rezerwując dla nich role w oblężeniu i obronie twierdz. Zasadniczym typem wystrzeliwanej z nich amunicji był- granat, czyli wydrążona żelazna kula wypełniona prochem i zaopatrzona w prymitywny zapalnik czasowy. W porównaniu do zwykłej kuli oddziaływanie wybuchu i odłamków znacznie zwiększało jej promień rażenia, jednak była to amunicja jeszcze mniej dokładna (najdrobniejsze różnice w grubości ścianek pocisku sprawiały, że przekręcał się on w locie zmieniając zarazem tor), toteż preferowano jej użycie zwłaszcza na większe dystanse, gdy precyzyjnie strzelać i tak było nie sposób.
Granaty miały w porównaniu do pełno lanych kul o analogicznej średnicy mniejszą masę, a przy strzelaniu stromym torem nadmierna prędkość początkowa pocisku raczej przeszkadzała niż pomagała artylerzystom, stąd używali do niego zredukowanych ładunków miotających. Wszystko to sprawiało, że działa stromotorowe mogły się zadowolić krótszymi lufami i cechowała je bardzo korzystna relacja ich własnej masy do ciężaru miotanych przez nie pocisków (armata polowa ważyła zwykle, zależnie od długości, 100-150 razy tyle ile jej pocisk, analogicznego kalibru haubica czasami dwa razy mniej), a co za tym idzie, łatwiej je było w polu przemieszczać. Zalety wydrążonej amunicji sprawiały, że czasami uznawano za korzystne również jej wystrzeliwanie niemal płaskim torem, na podobieństwo kul armatnich, wytwarzając w tym celu jeszcze jedną kategorię dział o nieco dłuższych od haubic za to cienkościennych lufach – granatniki. Poza tym z obu typów dział można było równie skutecznie co z armat wystrzeliwać kartacze.
czwartek, 3 września 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)



